Licznik odwiedzin: 09638604
Z życia parafii
Remont wieży
2018-12-16

 To temat, który powraca w czasie każdej kolędy, no i pewnie wracać będzie również w tym roku. Dlatego trzeba wyjaśnić, dlaczego - mimo zapowiedzi - nic jeszcze nie dzieje się w tym temacie.

   Powodów jest kilka. Pierwszy z nich, najbardziej prozaiczny, to wciąż jeszcze niewystarczający zasób środków materialnych na rozpoczęcie tych prac. (Przypomnijmy sobie Pana Jezusa, który przestrzegał - dosłownie - przed rozpoczęciem budowy wieży jeśli nie stać budowniczego na jej ukończenie.) Tego  jednak wykonawcy nie wiedzą. A oni stanowią problem drugi. Rozmowy bowiem, prowadzone z nimi na wiosnę, dawały nadzieję rozpoczęcia prac na jesieni i ukończenia ich w ciągu dwóch-trzech tygodni. Powstał jednak problem, z jakim boryka się większość pracodawców: niedostatek pracowników. Ktoś tam w firmie doznał wypadku na budowie i rozpoczął długotrwałe leczenie, kto inny wybrał się do pracy zagranicę, jeszcze ktoś tam zwolnił się, aby spróbować lżejszego chleba (bo jak zaznaczył pracodawca: więcej niż u mnie tam nie zarobi...) Jest też powód trzeci: remont stacji przekaźnikowej telefonii komórkowej. Ten miał się odbyć latem, a w każdym razie przed rozpoczęciem remontu wieży. Chodziło o to, aby powstałe ewentualnie uszkodzenia podczas prac technicznych, zniwelować tynkarsko. Niestety, wymiana jakichś urządzeń na wieży dokonała się z opóźnieniem, a jeszcze nie wszystko zostało zrobione. Nawet do tej pory. Może więc dobrze, że nie udało się skompletować ekipy murarsko - tynkarskiej?...

   Najpoważniejszy jednak problem powstał w związku z nowym planem zagospodarowania przestrzennego, który niedawno powstał (do tej pory nie było bowiem takiego planu dla naszej dzielnicy). Okazuje się, że z chwilą jego stworzenia, nieważne stają się wszystkie pozwolenia, uzyskane przed trzema laty, nie tylko na remont wieży, ale i na zbudowanie zadaszenia nad wejściem głównym do kościoła oraz na dobudowanie wejścia bocznego od strony północnej (co jest wymogiem bezpieczeństwa przeciwpożarowego). Uzyskanie zaś nowych opinii, ekspertyz i zezwoleń to co najmniej kolejne pół roku. Zresztą, może to i dobrze, że trochę nam wiatr powiał w oczy? Może lepiej się przygotujemy do nowych działań? 

Moja Ukraina. Lion City.
ks. Piotr
2018-12-09

   Wreszcie: środa, 8 dzień sierpnia zapowiadał się wspaniale. Po porannej Mszy świętej w parafialnym kościele w Rohatyniu mieliśmy się udać do sławnego Lwowa. Marzyłem o tym od dawna, a jednak dopiero w ostatnim dniu naszego pobytu na Ukrainie miałem się tam udać wraz z Piotrem, siostrą Damianą i Irenką, która miała nam służyć jako przewodniczka. Z Rohatyna to niespełna 70 kilometrów, które przebyliśmy w niecałą godzinę. Dopiero w samym centrum miasta, gdzie ulice są remontowane, trudno było znaleźć dojazd do cmentarza Łyczakowskiego. Na parkingu spotkaliśmy młodego człowieka, który zaoferował „opiekę\" nad samochodem za kilka hrywień. Przy wejściu okazało się, że duchowni i siostry zwiedzają nekropolię za darmo. To była wędrówka w przeszłość naszej Ojczyzny. Na koniec obowiązkowo modlitwa przy „Lwowskich Orlętach\". Na cmentarzu spotkaliśmy wielu turystów z Zachodu, tylko nie wiemy jaką wersję historii podawali im przewodnicy. Byliśmy tam tylko dwie godziny i trzeba przyznać, że dwa dni też byłoby za mało. Nasz „opiekun\" samochodu czekał na nas. Musiał być głodny, bo poprosił o kanapkę... Udaliśmy się do kościoła św. Antoniego, który w czasach „świetlanej przyszłości\" był jedynym czynnym kościołem we Lwowie. Tam pozostawiliśmy nasz pojazd, by ruszyć na zwiedzanie Starego Miasta. Oczywiście bardzo pobieżnie. W archikatedrze czekał na nas ks. Jan, wikariusz, który pokazał nam różne zakamarki. Od-wiedzieliśmy też prywatną kaplicę arcybiskupa. Niestety, on sam był na urlopie. Muszę więc jeszcze poczekać na spotkanie z Pasterzem diecezji. Ks. Jan pokazał nam miejsce, gdzie możemy się dobrze posilić. Lwowska Primiera. Powiem krótko: nie zawiedliśmy się. Choć przychodzą tam tłumy turystów z Polski, zostaliśmy obsłużeni dość szybko i z kulturą. Kiedy potem wchodziliśmy do kościoła oo. Dominikanów, to trafiliśmy akurat na Mszę świętą odpustową. Zostaliśmy zaproszeni na agapę, gdzie siostra Damiana spotkała swoich przyjaciół. Poczęstunek odbywał się w dawnej, barokowej, pełnej fresków kaplicy zakonnej (a może refektarzu?). Po wojnie zabrano zakonnikom klasztor i tylko pozostawiono im to piękne pomieszczenie. Nawet kościół muszą dzielić wspólnie z grekokatolikami. W spotkaniu brali udział liczni członkowie trzeciego zakonu św. Dominika.

   W fabryce czekolady, w której przewijało się mnóstwo turystów i trudno było znaleźć wolne miejsce z wysokości piątej kondygnacji podziwialiśmy panoramę miasta. Dokładnie można było zobaczyć fragment miasta. Na chwilę przed zamknięciem weszliśmy do kościoła św. Antoniego. Było warto. I czas w drogę. Jeszcze tylko trochę błądzenia po uliczkach Lwowa. Brak oznakowania to norma na Ukrainie. Ostatni wieczór. Długie, nocne rozmowy i trwanie przed Panem w kaplicy. Jest za co dziękować i do czego wracać. Do tego kraju.....tęskno mi, Panie... 

Nowe miejsca na chórze
2018-12-02

    Domyślam się, że taka zapowiedź może budzić zdziwienie. Rzeczywiście. Nie chodzi o to, by nagle okazała się potrzeba mnożenia miejsc dla uczestników nabożeństw w naszym kościele. Zwykle, niestety, miejsc nawet siedzących jest wystarczająco dużo na dolnym poziomie kościoła. Owszem, projekt zagospodarowania miejsca na chórze powstał już dobrych kilka lat temu, ale z powodu pojawiania się wciąż ważniejszych potrzeb, nie wchodził on na etap realizacji. Pretekstem stała się rosnąca baza materialna Stowarzyszenia KACK i Teatru NAZARET. Nie chodzi o jakieś cenne przedmioty, ale o tzw. zaplecki sceny czyli po prostu czarne tła wykonane przez członków Nazaretu, jakieś podstawki drewniane itp. Część z nich już zalegała na chórze i nie wyglądało to dobrze. Po prostu zostawało wrażenie bałaganu, a poza tym budziło odruch ostrożności przed wpuszczaniem kogokolwiek na to miejsce. Ożył więc pomysł zbudowania tam stopni, bez których jedynie z pierwszego rzędu, tuż przy balustradzie możliwy byłby kontakt wzrokowy z pozostałą częścią kościoła. Tak więc wykonano metalowe ożebrowanie, do którego już panowie z naszej wspólnoty przykręcili płyty (przygotowane również przez miejscowego stolarza), a następnie - już w trakcie trwania Kurtyny - panowie z ekipy technicznej okleili ową „trybunę\\\" wykładziną podłogową. Obecnie więc mamy przygotowane miejsce do ustawienia tam ławek, zaś pod powstałymi w ten sposób stopniami powstała niewielka powierzchnia magazynowa na teatralne akcesoria. Aby łatwiej je można tam układać i wydobywać, zbudowano po dwa wózki pod drugim i trzecim stopniem, które można wsuwać i wysuwać, bez konieczności wchodzenia pod konstrukcję. 

Moja Ukraina. Hej, w góry!
ks. Piotr
2018-12-02

   Po krótkiej nocy na plebanii w Truskawcu i smacznym śniadaniu przyrządzonym przez Ojca Dariusza, ruszyliśmy na południe, by choć jeden dzień spędzić na wędrówce po wschodnich Karpatach. Rzeczywiście inne niż te polskie. Bardziej dzikie, mniej turystycznych szlaków. Dojechaliśmy do miejscowości Skole. To w tej parafii odbywały się rekolekcje letnie dla młodzieży z Bóbrki. Po niezbędnych zakupach prowiantu i mapy, z której dowiedzieliśmy się, że jesteśmy na huculszczyźnie, ruszyliśmy pieszo na szlak do wodospadów. Kilka razy mijał nas pędzący na koniu kozak. Pogoda śliczna, po przejściu przez bramę Parku Narodowego mijało nas zaledwie kilka pojazdów, tylko my, idąc pieszo, podziwialiśmy piękno przyrody, pijąc wodę ze źródła, podobno leczniczego. Po ponadgodzinnej wędrówce doszliśmy do owych wodospadów. Miejsce piękne, lecz wszędzie śmieci pozostawione przez turystów. Nieco wyżej dotarliśmy do Czarnego Oczka. Piękny górski staw zachwycił nas swoim pięknem. Chciało się zostać na dłużej, ale czas nas gonił. W powrotnej drodze odważyliśmy się zanurzyć nogi w wodach rzeki, której nazwy nie pamiętam. Okolica spokojna. Ludzie życzliwi pokazywali nam drogę powrotną. Musieliśmy uważać na barszcz Sosnowskiego, który się tu bardzo rozplenił. Po nakarmieniu nas w ośrodku rekolekcyjnym ruszyliśmy w drogę, by zdążyć na Mszę świętą do Rohatynia. Wydawało się, że niespełna 100 km zdołamy przebyć w dwie godziny. Niestety. Zamknięty most, nowy objazd dziurawą drogą sprawiły, że ledwie zdążyliśmy na 18.00 do Rohatynia. Już tam zacząłem się źle czuć. Być może się czymś zatrułem? A w planie była jeszcze jedna Msza święta w Lipówce o 19.30. Po dotarciu okazało się, że przybył ksiądz pochodzący z Lipówki. I on przewodniczył liturgii. Dopiero na koniec Mszy zrozumiałem dlaczego we wtorek wieczorem kościół jest pełen ludzi jak w niedzielę. Przyszli się oczywiście pomodlić, ale i z nami pożegnać wręczając różne upominki. Tak to jest, jak człowiek zapomina, że zaprosił wszystkich na pożegnanie i obiecałem dzieciom niespodzianki. Szybka decyzja: idziemy na lody, Starczyło dla wszystkich. 

No i stało się czyli jak to będzie „do trzech razy sztuka…”
Wojciech Mikuć
2018-11-25

   Pewnego chłodnego styczniowego popołudnia. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy zastanawiałem się, czy śnieg jeszcze sypnie tej zimy, zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem głos, który spytał nieco zaniepokojony, czy jest szansa na wyjazd na narty w najbliższe ferie. Nieco zaskoczony, nie wiedząc co odpowiedzieć, policzyłem szybko ile pozostanie mi dni urlopu. Rekolekcje, pielgrzymka, mały urlop, duży urlop, festiwal filmowy - nie, niestety chyba to niemożliwe. Pomijając oczywiście permanentny brak środków, odmówiłem.  Gdy głos w słuchawce już zamilkł, a w zasadzie to połączenie się zakończyło, dotarło do mnie, że chyba czegoś nie policzyłem. Coś się nie zgadza. Przecież jeszcze Kurtyna...

   W samolocie lecącym do Wiecznego Miasta właśnie podświetlił się komunikat przypominający o zapięciu pasów. Lecieliśmy na nasze trzecie duże rekolekcje. Domowy Kościół jest wspólnotą ludzi świadomych. Gdy podjęliśmy decyzję o kolejnym stopniu naszej formacji wiedzieliśmy, że chyba przyszedł czas na głębsze zrozumienie słowa „posługa\". Kilka dni później spotkaliśmy wspaniałego człowieka. Jałmużnik papieski okazał się być niezwykle wrażliwym na potrzeby innych. Tych zwykłych, czasem skrzywdzonych ale w większości zagubionych ludzi. Często wskazanie im, jak ważni są dla naszego Pana powoduje zmianę statusu z osoby bezdomnej, zamkniętej w sobie, na zupełnie nowego człowieka. Pomyślałem wtedy,  jak ważne jest jednak pokazywanie innym, że wystarczy odrzucić złe myśli i zaufać Bogu.

   Gdy ruszaliśmy autokarową pielgrzymką do Wilna, szybko okazało się, że chyba jesteśmy w jak najlepszym towarzystwie. Prawie cały kwiat parafii, część ludzi z Domowego Kościoła i oczywiście nasz Złociutki. Kierunek pielgrzymki jak najbardziej - tylko dla wrażliwych.   Pomyślałem wtedy, że w naszej najbliższej okolicy, w naszej małej ojczyźnie, w Małym Kacku, właśnie tu jest przestrzeń, z której nie można rezygnować. 

    Kilka tygodni później ogłosiliśmy, że ciągniemy dalej i III Przegląd Teatrów Amatorskich odbędzie się ponownie. Co z tego wyniknie?   Kilometry kabli, maszty, rusztowania, scena, postery, dekoracje, reflektory, agregaty, namiot - Cafe Wieża, kamery, mikrofony, Anielska Księgarnia, manekiny, kawa, pizza i napoje, konsoleta (a nawet kilka), dmuchawy, ekrany, projektor, komputery, wzmacniacze i kolumny, samochody, przyczepy, ciasto i kanapki, urna do głosowania, wolontariusze, przyjaciele i goście ale przede wszystkim parafianie.

   W Kurierze Teatralnym napisano, że w niedzielę Chrystusa Króla zaczynamy. W tym roku przypada 100 rocznica odzyskania Niepodległości, dlatego charakter przeglądu będzie bardziej uroczysty. Może to czas, aby każdy z nas narodził się na nowo.

  W końcu Nowa Kultura wymaga od nas odpowiedzialnego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Czy amatorskie osiągnięcia młodych wykonawców tegorocznej Kurtyny sprostają temu wyzwaniu?  

Moja Ukraina. U Ojca Dariusza
ks. Piotr
2018-11-25

   Poniedziałek, 6 dzień sierpnia, a więc święto Przemienienia Pańskiego. Po porannej Mszy świętej ruszamy w góry. Odwiedzamy jeszcze w Bóbrce ojca Edwarda. Dowiadujemy się, że najlepiej dojechać do miejscowości Skole. Blisko i można tam już podziwiać piękne widoki. Ruszamy zatem na południe. Zjeżdżamy z trasy, by zwiedzić Drohobycz. Przed wojną bogate polskie miasto. Tu wydobywano ropę naftową. Niestety, nowy porządek odbił się na życiu mieszkańców, którzy handlują czym się da, by mieć na utrzymanie. Rynek i ratusz jest w trakcie rewitalizacji. Niedaleko Kościół ufundowany już przez Kazimierza Wielkiego. Oglądać go możemy tylko przez kraty. Przy-bywają różne grupy turystów. Trochę poznajemy historię miasta i kościoła, który jest w trakcie odbudowy. Przez długi czas służył za magazyn, a obecnie posługę pełnią w nim paulini z Polski. Można wesprzeć ich poprzez wpłaty na konto podane w internecie. Naprzeciw świątyni znajduje się poczta. Przypomniały mi się lata młodości, gdy pracowałem jako doręczyciel. Niewiele się zmieniło. Miła obsługa. Zaopatrzeni w kartki pocztowe i znaczki, zastanawiamy się, jak długo będą szły do adresatów. Czy rzeczywiście trzy tygodnie? Okazało się potem, że tak. Ale najważniejsze, że poczta dotarła do adresatów. Poruszył nas jeszcze widok niewywożonych śmieci, których sterty wysypywały się z podwórek na ulice. Podobno jest to problem wielu miast na Ukrainie. Niedaleko jest do Truskawca, więc tam, w znanym przed wojną uzdrowisku, udajemy się by spożyć posiłek.Ponieważ dochodziła godzina 15.00 chcieliśmy nawiedzić kościół na krótką modlitwę. W informacji turystycznej wskazano nam drogę do niewielkiej świątyni wciśniętej pomiędzy ogromne wieżowce. Łatwo odnaleźliśmy plebanię. A tam niespodzianka: za drzwiami bowiem, ku zdziwieniu Piotra i trochę moim stał ojciec Dariusz, redemptorysta. Wielki okrzyk radości i braterski uścisk. Ojciec Dariusz to przyjaciel rodziny Piotra. Poznali się ponad dwadzieścia lat temu, gdy pracował w Gdyni. Potem wyjechał na misję na Syberię. Okazało się, że od roku pracuje w Truskawcu. A więc mamy nocleg w uzdrowisku. Umawiamy się na wieczorna Mszę świętą. Tymczasem ojciec udaje się do sąsiednich parafii, a my na obiad do restauracji. Później próbujemy wody w pijalni. Żadna rewelacja. Okazało się, że Msza święta była w języku polskim i ukraińskim. Połowę kazania miał Ojciec Dariusz a drugą połowę ja miałem wygłosić. Chyba się udało. Potem długie spotkanie z kościelnym, panem Stanisławem, który opowiadał historię parafii w Truskawcu. Wizyty prominentnych kacyków w uzdrowisku, którym nie podobały się polskie pamiątki architektury, tym bardziej przeszkadzał im kościół. Kacyków nie ma, a kościół stoi. Potem jeszcze długa noc przegadana, jak u starych przyjaciół. Ale najważniejszy Przyjaciel czekał.

„Kurtyna” po raz drugi - co dalej?
Wojciech Mikuć
2018-11-18

   Jeszcze nie opadł kurz pierwszej Kurtyny, gdy zrozumieliśmy, że Opatrzność Boża z pewnością nad nami czuwała. Przecież nigdy wcześniej nie organizowaliśmy tak dużego artystycznego projektu. Owszem kilkadziesiąt spektakli za nami, ale żeby kilkanaście równolegle... Nie jest chyba po ludzku możliwe, aby bez zaplecza technicznego na dużym poziomie i mnóstwa osób wspomagających nas merytorycznie, będących koniecznie zawodowcami, coś takiego mogło się wydarzyć. A tu niespodzianka. Pokora wytrwałych amatorów do-prowadziła nas do chwili, w której zdaliśmy sobie sprawę, że chyba we wspólnocie Bożych wariatów nie ma rzeczy niemożliwych.

    Tak powstały wstępne założenia Kurtyny po raz drugi. Jeżeli udało się raz, to ponownie będziemy startowali z pozycji bardziej uprzywilejowanej. Dzięki wytrwałemu kołataniu do drzwi różnych osób i instytucji szybko okazało się, że tym razem teatralna kawiarenka ma szanse na zaistnienie w niezależnym namiocie. Gdy ogłosiliśmy zapisy kandydatów do przeglądu, raptem kilka dni później lista była już zamknięta. I tu znowu niespodzianka. Nasz konkurs okazał się ogólnopolski. Pniewite, Lubaczów, Piła, Kraków, Biskupiec - tylko z tych miejscowości przyjechała prawie setka młodych artystów. Skoro przegląd się rozwija, w takim razie my też musimy. Poprosiliśmy lokalne media, a więc radio i telewizję, o wsparcie. Przyjechali, popatrzyli, posłuchali i coś tam nagrali. Nagraliśmy również i my. Kronika przeglądu w kilku odcinkach zagościła w przerwach pomiędzy spektaklami.    Gdy w dniu otwarcia przeglądu nieco zagubieni konferansjerzy, jakby spóźnieni i nieucharakteryzowani ćwiczyli ostanie dialogi, rozbawiona publiczność zorientowała się, że na scenie w świetle reflektorów, nie trwa próba a właśnie rozpoczęło się coś humorystycznego. Tego dnia okazało się, że na jednej scence się nie skończy. Trzeba było natychmiast napisać scenariusz tygodniowego serialu. Zwieńczeniem humorystycznych zmagań był desperacki angaż w ... kotłowni u Złociutkiego.  

   Przez te wszystkie trudne ale i radosne dni, towarzyszyła nam myśl, że publiczność Małego Kacka, zasługuje na nasze poświęcenie. Wyrazem uznania było liczne uczestnictwo w prezentowanych spektaklach. Oklaski, owacje na stojąco i spontanicznie wykonany hymn państwowy w dniu wzruszeń związanych z pamięcią o „Żołnierzach Wyklętych\". Płakali aktorzy, płakali widzowie, płakał też żołnierz AK... To dzięki Wam ławki były zapełnione, a urna do głosowania nagrody publiczności wypełniona prawie po brzegi.

    Czy to wszystko jest komuś potrzebne? Czy naprawdę nie mamy niczego innego do roboty? Czy nie lepiej pozostać w domu z pilotem TV w ręku i ponarzekać? Może i tak, ale przecież to Bóg uzdolnił nas w zupełnie nieznanych nam i dopiero odkrywanych obszarach. Część z nas powtarza pod nosem:  służę wiec jestem. To jakby siła napędowa naszego rozwoju. Może tego czasami nie chcemy, ale jak mamy sprawdzić czy było warto?  

   Wystarczy tylko spróbować... 

Moja Ukraina. U biskupa w Haliczu
ks. Piotr
2018-11-18

   Niedzielny poranek 5 sierpnia. Słońce już wysoko. Siostra Damiana już chwali Boga w kaplicy. Po śniadaniu ruszamy z Piotrem do Lipówki, gdzie o 10.00 mam odprawiać Mszę św. Poprzedniego dnia Irina przygotowała wydruk Ewangelii. Mam czytać w ich ojczystym języku. Podobno trochę zrozumieli. Na koniec zaprosiłem wiernych na ostatnią z nimi Mszę świętą we wtorek wieczorem. Potem jeszcze piękna liturgia o 12.00 w Rohatyniu. Po obiedzie zaczęło się chmurzyć. A my jesteśmy zaproszeni przez ks. Jacka, proboszcza parafii św. Stanisława biskupa w Haliczu. Ponieważ bardzo chciałem zobaczyć ów pradawny Halicz, od którego nosi nazwę nasza parafialna ulica, nie przestraszyliśmy się deszczu i ruszyliśmy w drogę. Po dojechaniu na miejsce ks. Jacek zrobił nam  „objazdówkę\". Okazało się, że Halicz to dawna (przed Lwowem) stolica Rusi i Arcybiskupstwa. Niestety, po potężnej - pod względem powierzchni - stolicy niewiele dzisiaj pozostało. Odwiedziliśmy prastary kościół z XI/XII wieku, który został przejęty przez Cerkiew. Byliśmy też w sanktuarium grekokatolickim. Szkoda, że wszędzie próbuje się zatrzeć ślady istnienia Kościoła Łacińskiego. Zwiedziliśmy cmentarz Karaimów, a na koniec ks. Jacek pokazał nam swoją siedzibę. Opowiedział zaskakującą historię o odnalezieniu relikwii bł. Biskupa Jakuba Strzemię (Strepy), który w XIV wieku przeniósł stolicę biskupią do powstającego Lwowa. Okazało się, że ks. Jacek oprócz tego, że pełni funkcję wykładowcy we lwowskim seminarium i jest diecezjalnym egzorcystą, to również został poproszony, by w Haliczu utworzył sanktuarium świętych związanych z ziemią lwowską. Zdołał zebrać już ponad 20 relikwii błogosławionych i świętych. I trzeba przyznać, że czuło się ich obecność na plebanii w Haliczu. Jednak czas było wracać, bo jutro w góry... Taka jest droga chrześcijanina. 

„Kurtyna” po raz trzeci, czyli jak to było za pierwszym razem
Wojciech Mikuć
2018-11-11

   Z marzeń kilkorga przyjaciół, wsparcia kilku znajomych i zaufania pewnego księdza, zrodził się pomysł, aby z Bożą pomocą dać radość utalentowanym i wrażliwym na sztukę amatorom. Tak powstała idea Przeglądu Teatrów Amatorskich. Gdy trzy lata temu, pisaliśmy plan jak ten „przegląd\" miałby wyglądać, mieliśmy marzenia, aby może kilka grup z najbliższej okolicy chciało do nas przyjechać i pokazać swoje osiągnięcia w naszej parafii. Czy to w ogóle dobry pomysł? Jak to zorganizować? Czy to może się spodobać? Takie i jeszcze inne pytania i wątpliwości towarzyszyły nam, aż do dnia w którym to wszystko się zaczęło.

   Gdy zaproszeni goście zajęli miejsca, zgasły światła, a nasz reżyser dał sygnał że wychodzimy. Wtedy okazało się, że nie ma odwrotu i wszystko w rękach najwyższego. Wyszliśmy na scenę. Tremy nie było. Była niepewność. Wiedzieliśmy jednak, że jest wśród nas ktoś bardzo ważny. Ktoś bez kogo ten cały konkurs nie miałby szans na przeżycie nawet do drugiego dnia scenicznych zmagań. To właśnie Wy, mieszkańcy Małego Kacka, nasza publiczność. W świecie zawodowych artystów po każdej premierze najważniejsza jest pierwsza recenzja. To od niej zależy czy przedsięwzięcie artystyczne jest trafione czy chybione. Czy brawa są wyrazem wdzięczności, czy też cisza wyrazem dezaprobaty. Tutaj w Małym Kacku czekaliśmy na Waszą ocenę. 

   Spektakle tamtego przeglądu już od pierwszego dnia postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. W drugim dniu zmagań musieliśmy od nowa zdefiniowaćsłowo „amator\". Prawdziwe doznania artystyczne wzrastały z każdym kolejnym występem. Jaka była ocena? W środę już był wiadomo, że publiczność domaga się ustanowienia swojej nagrody, od siebie, według własnego kryterium, niezależnego od werdyktu jury. Co to dla nas oznaczało? Przede wszystkim to, że jesteśmy Wam potrzebni i że sztuka niejako amatorska, okazała się na tyle prawdziwie pokazana, że znalazła przestrzeń estetycznego istnienia w waszych odczuciach. To zobowiązuje. cdn

Moja Ukraina. Z wizytą u jubilata.
ks. Piotr
2018-11-11

   4 sierpnia przypada wspomnienie św. Jana Vianneya - patrona proboszczów. Zatem odprawiając rano Eucharystię, polecałem wszystkich znanych mi proboszczów. Zaraz po Mszy świętej udaliśmy się z Piotrem, siostrą Damianą i Ireną do położonych około 30 km na północ Przemyślan (Premyslan) by tam spotkać się z ks. proboszczem parafii śś. Apostołów Piotra i Pawła. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że ks. Piotr, salezjanin, właśnie ma obchodzić jubileusz 25- lecia pobytu w tej parafii. Msza święta miała być o godz. 10.00. Niestety, mała odległość nic nie znaczy przy tak fatalnym stanie dróg - zdążyliśmy dojechać na kazanie. Ku naszemu zdziwieniu nie było w kościele tłumu kapłanów i wiernych. Modliło się po polsku kilkadziesiąt osób. A Msza święta była w całkiem innej intencji. Mogliśmy podziwiać piękno niedawno oddanego kościoła, który przez wiele lat służył za fabrykę. Liturgia była pięknie prowadzona. Poruszył mnie piękny śpiew. Po Mszy świętej ks. Piotr wszystkich zgromadzonych zaprosił do oratorium na kawę. Tam złożyliśmy życzenia ku wielkiej radości jubilata, który swoją rocznicę obchodził trzy miesiące wcześniej. No, ale my z Polski to mieliśmy daleko i zostaliśmy usprawiedliwieni. Po radosnym spotkaniu przy stole i zwiedzeniu domu zakonnego z piękną kaplicą, ruszyliśmy w drogę powrotna - choć inną, bo przez Bóbrkę i dodatkowym pasażerem, który właśnie w Bóbrce miał wysiadać. Miałem nadzieję, że stan drogi będzie lepszy i był lepszy. W połowie drogi do Bóbrki, gdy wyjeżdżaliśmy z miejscowości Świrz ukazał się nam przepiękny widok: droga wiodła w dół pomiędzy dwa malownicze jeziora, a dalej był piękny las. Gdy jednak obejrzeliśmy się to zobaczyliśmy na wysokim brzegu jeziora piękny zamek. Takiej okazji nie mogliśmy przepuścić. Wróciliśmy , by zobaczyć to urokliwe miejsce z bliska. Zamek z XV wieku zbudowany przez rodzinę Świrskich przechodził różne koleje losu. W czasach „najlepszego\" porządku społecznego na świecie pełnił on rolę ośrodka wypoczynkowego. Wiele razy wykorzystywany był przez filmowców. Przed zamkiem kościół przejęty przez grekokatolików. Mieliśmy szczęście - właśnie wychodzili robotnicy powoli przywracający dawną świetność budowli i zgodzili się poczekać 10 minut, abyśmy mogli od środka trochę pozwiedzać. Piotr dostał w ręce aparat i troszkę musieliśmy go szukać. Czas było wracać. Jutro niedziela i trzeba Bożą świątynię przygotować do świątecznej liturgii. Dziękowałem Bogu za jubilata, za piękno tej ziemi, która ma w sobie tyle zagadek ile ludzkich historii.  

-1- 2 3 4 5 6 7 8 9 Następna
Środa
23 stycznia 2019
Okres kolędowy
8:00 - Msza św.
Intencja: W intencjach nowennowych

(c) copyright 2009 - 2011 by Parafia Chrystusa Króla w Gdyni Małym Kacku