Skąd ten pośpiech? | 2024-05-29 |
Kiedyś na spotkaniu w gronie członków Ruchu Światło - Życie, zapytałem od niechcenia: Która godzina? Co najmniej dwie osoby odpowiedziały chórem: Godzina ewangelizacji... Grupa wybuchnęła radosnym śmiechem, ale okazało się jak dobrze zapamiętali sobie myśl ks. Franciszka Blachnickiego - rozprowadzoną w którymś z kazań - że jesteśmy w czasie powszechnej ewangelizacji. I nie należy się z tymi działaniami ociągać. To skojarzenie powstało na bazie dzisiejszej Ewangelii. Wyobrażam sobie Pana Jezusa, który zdążając wraz z liczną rzeszą słuchaczy i uczniów do Jerozolimy, pokazał jak bardzo należy się spieszyć. Większość z nas zachowuje pewnie wspomnienia z różnych pielgrzymek, gdzie podstawą dobrego samopoczucia jest między innymi stałe tempo i dopasowane przystanki. Każdy przyspieszający i wyprzedzający budzi - tak, jak Pan Jezus - zdziwienie i niepokój. Jeśli apostołowie do tej pory nie mieli co do tego pewności, to teraz się przekonali, bo sam im to powiedział: to ostatni etap Jego pielgrzymowania, zanim nastąpi odrzucenie, niesprawiedliwy sąd, okropne cierpienie i haniebna śmierć. Jak należało się zachować w takiej sytuacji? A jak reagujemy na spokojne stwierdzenie bliskiej nam osoby, która komunikuje właśnie, że wykryto u niej nowotwór? Płytkie pocieszanie nie ma sensu, bo i cóż tu po stwierdzeniu, że będzie dobrze? Można by takie słowa przyjąć za wyraz bezsilności czy niemożności pogodzenia się z najgorszą zapowiedzią, ale przecież nie wpadlibyśmy na pomysł, by - w związku z zaistniałą sytuacją - poprosić o uwzględnienie siebie w... testamencie. Tak właśnie zachowali się synowie Zebedeusza. Możliwe, że wcześniej już nosili się z przedstawieniem takiej prośby i po prostu wykorzystali sytuację, ale okoliczności... Nic dziwnego, że pozostali towarzysze oburzyli się na nich, bo w królestwie Bożym miejscem najdostojniejszym jest właśnie to ostatnie. Z czasem to zrozumieli, ale czy ja rozumiem?
| |
