Ekstremalna Droga Krzyżowa | 2026-03-08 |
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem to określenie, pomyślałem: Droga Krzyżowa sama w sobie jest ekstremalna - Pan Jezus jej nie przeżył. Czego to jeszcze ludzie nie wymyślą? Gdy jednak spotkałem się z uczestnikami tej formy pobożności, gdy miałem okazję pełnić dyżur w konfesjonale w jednym czy drugim kościele, będącym stacją przystankową dla jej uczestników, kiedy słuchałem ich spowiedzi... musiałem zmienić zdanie. Do tego dochodzi całe mnóstwo świadectw tych, którzy wzięli w niej udział. Piszą w nich o przełamywaniu własnych słabości, które czasem dotykają ludzi bardzo silnych i wysportowanych. Wielkie znaczenia miało dla nich przeżywanie tego czasu w ciszy i kontemplacji - bez śpiewów i towarzyszenia innych. Mówią też o właściwym zrozumieniu ekstremum, gdy czasem dokucza chłód, niekiedy deszcz, a zawsze - ciemności. Podjęcie takiej misji, ich zdaniem, jest odpowiedzią na wszechobecny kryzys męskości i konsumpcjonizm. Oto kilka relacji z dostępnych świadectw: Adrian planował solidny odpoczynek przed startem, jednak intensywny dzień sprawił, że już na linii startu czuł ogromne zmęczenie i ból nóg. Przerażony swoim stanem, zadawał sobie pytanie: Jak przejdę 40 kilometrów, skoro ledwo stoję? Szedł jednak dalej, a każde kolejne uderzenie stopy o asfalt stawało się modlitwą. W pewnym momencie ból przestał być przeszkodą, a stał się przestrzenią spotkania. Adrian zrozumiał, że nie idzie o własnych siłach - to doświadczenie słabości pozwoliło mu na autentyczne spotkanie z Bogiem w nocy, w ciszy, z dala od codziennego zgiełku. Dla Ewy EDK była drogą ucieczki z mroku w stronę nadziei. Niosła na ramionach ogromny bagaż doświadczeń z całego życia - trudne relacje, błędy i lęk. Każda stacja była dla niej momentem zrzucania kolejnych warstw ciężaru. Opisywała to jako drogę w jedną stronę - nie do mety, ale do nowego życia. Kto inny (47-latek), wysportowany turysta, kiedy po 30. kilometrze ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa, a nogi stały się ciężkie jak z ołowiu, zrozumiał, że EDK to nie maraton. To moment, w którym kończą się nogi, a zaczyna duch. Doświadczył wtedy czegoś, czego nie znalazł na żadnym górskim szczycie - całkowitego oparcia się na Bogu, gdy własne siły wyparowały. | |
