Co się stało z ludźmi, od Niedzieli Palmowej do Wielkiego Piątku, że krzykiem domagali się śmierci Chrystusa? Dlaczego tak łatwo dali zmanipulować się starszyźnie żydowskiej i całkowicie odwrócili się od Pana Jezusa? Być może dlatego, że w postaci zalanego krwią po biczowaniu Człowieka zobaczyli kogoś słabego, po ludzku przegranego, czytaj: gorszego od siebie... I zaczęło się! Dał o sobie znać pewien psychologiczny mechanizm „kozła ofiarnego", na którym mogli bezkarnie wyładować swoje frustracje i gniew.
Ile dzisiaj między nami „kozłów ofiarnych"...uczynionych przez nas! Już w szkole wskazać można dzieci przez rówieśników traktowane inaczej, gorzej od pozostałych. Znane jest zjawisko tak zwanej „fali" w szkołach, wojsku, miejscach pracy. Obserwujemy jak media nieraz miesiącami szkalują dobrych ludzi, autorytety, z powodu lekkomyślnych, nieprawdziwych oskarżeń. Czasem nawet w naszych rodzinach wszyscy zgodnie robią na złość jednej osobie, obwołując ją przyczyną wszelkich niepowodzeń całego „rodu".
Skąd w nas - ludziach tendencje do takiego postępowania? Co sprawia, że tak chętnie robimy z drugiego człowieka „kozła ofiarnego"?
Przypomnijmy, skąd wzięło się to określenie. W Starym Testamencie najwyższy kapłan podczas Dnia Pojednania brał dwa kozły: jednego z nich zabijał dla Pana jako ofiarę przebłagalną, na drugiego zaś kładł ręce, "przerzucając" w ten sposób na niego grzechy wszystkich Izraelitów. Drugi z kozłów wypędzany był na pustynię "dla Azazela", aby tam zginął wraz z grzechami.
Właśnie ta możliwość, pokusa „przeniesienia" naszych grzechów i wad na drugiego człowieka sprawia, że tak chętnie szukamy wokół siebie, przysłowiowych kozłów ofiarnych. Na czym to dokładnie polega? Na tym, że kiedy naśmiewamy się z wad i niedoskonałości drugiego człowieka, sami czujemy się przez to doskonalsi, lepsi. Kiedy publicznie, w towarzystwie innych ludzi wytykamy komuś jego grzechy, to sami czujemy się wtedy mniej grzeszni. Ludzi być może, na krótką metę, można takim postępowaniem oszukać, ale Boga... nie!