Licznik odwiedzin: 09629860
Z życia parafii
Moja Ukraina. Piękna nasza Polska...
2018-09-16

   Kiedy rok temu przybyłem do Małego Kacka, nie spodziewałem, się, że tak szybko zrealizują się moje pragnienia. Poznałem wicedyrektora szkoły, pana Pawła, którego brat, ksiądz Jan pracuje na Ukrainie. Dowiedziałem się, że już ks. Krzysztof próbował zorganizować wyjazd, lecz zabrakło chętnych.   

   W grudniu nawiązałem kontakt z Ks. Janem , by omówić wyjazd latem z ministrantami. Chciałem, by poznali nowe realia oraz przeżyli lekcje historii odwiedzając dawne kresy Rzeczpospolitej. Niestety, po rozmowie z rodzicami, musiałem z tego planu zrezygnować. Wiedziałem, że pojadę, tylko z kim? - Dwa tygodnie samemu za granicą, zastępując ks. Jana na parafii w Rohatyniu. 

  Na początku lipca poproszono mnie o przewiezienie darów na Ukrainę. Tym bardziej potrzebowałem kogoś, kto pomoże przy transporcie darów. Tydzień przed wyjazdem zgłosił się do wyjazdu Piotr z Oksywia. Mój przyjaciel, który bardzo mi pomógł w organizacji pielgrzymki rowerowej do Kalisza. Jeszcze tylko załatwienie paszportu w ciągu trzech dni i możemy ruszać.

   27 lipca po Mszy świętej i smacznym śniadaniu na plebanii i błogosławieństwie ks. proboszcza wyruszamy w drogę ku naszym południowo-wschodnim rubieżom. Pogoda piękna, tylko przed Warszawa napotkaliśmy ścianę deszczu. A potem znów piękna pogoda i coraz bardziej malownicze krajobrazy Lubelszczyzny i Zamojszczyzny. Około 19.00 dojeżdżamy do Tomaszowa Lubelskiego. To tutaj mamy nocleg u rodziny naszych przyjaciół z Gdyni. Jeszcze tylko wieczorny spacer i obserwacja zaćmienia księżyca. Jutro Ukraina.  cdn.

W trosce o czyste powietrze w dzielnicy
Sebastian Jędrzejewski
2018-09-09

 Ten temat powraca jak bumerang, a zainteresowani nim są przecież wszyscy. Każdy bowiem chciałby czystego, ekologicznego, urokliwego skądinąd Kacka. Same życzenia i pragnienia jednak niczego nie zmienią.  Dlatego właśnie pow-stały konkretne propozycje płynące z Urzędu Miasta. Zawierają się one w programie pod nazwą Piecodoradcy.

    Program ten realizowany jest przez miasto Gdynia. Udział w projekcie jest bezpłatny, można się do niego zgłosić poprzez wypełnienie deklaracji. W ramach projektu w domach mieszkańców odbywać się będą wizyty doradców (kominiarz, specjalista w zakresie spalania paliw i rodzajów pieców oraz członkowie Gdyńskiego Alarmu Smogowego). Zostaną przeprowadzone przeglądy instalacji, czyszczenie przewodów kominowych, przedstawienie rekomendacji oraz działania edukacyjne z przekazaniem konkretnych materiałów informacyjnych. Po takim audycie uczestnik projektu sam wybierze jakie działania będzie chciał podjąć: bądź to skupić się na rekomendowanych sposobach eksploatacji kotła oraz wyborze rodzaju paliwa, bądź przeprowadzić drobne usprawnienia instalacji, montaż płytki Wery, montaż nowego pieca piątej klasy - wyłącznie w przypadkach uzasadnionych technicznie i ekonomicznie. Palnik Wery jest urządzeniem do spalania dymu w kotłach i piecach na paliwo stałe, ograniczające emisję zanieczyszczonego dymu do atmosfery. Działanie palnika Wery polega na przepuszczaniu spalin przez rozgrzane palenisko. Przesłona palnika zatrzymuje odpływ dymu wytworzonego podczas pierwotnego spalania. Skumulowany dym zostaje dotleniony i ponownie zassany do paleniska. W komorze spalania następuje spalenie gazów z udziałem palnika. Uzyskana w ten sposób wysoka temperatura podnosi wydajność grzewczą, a szkodliwe związki spalin ulegają rozpadowi. Po zainstalowaniu palnika do spalania dymu uzyskujemy oszczędności w opale sięgające 30%-50%, a w czasie procesu spalania z przewodów kominowych nie wydobywa się widoczny dym.

    Spotkanie wyjaśniające dylematy grzewcze odbędzie się w Centrum Kultury przy ulicy Łowickiej 51. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy w poniedziałek 17 września o godzinie 17.00.  

Sebastian Jędrzejewski

Radny Miasta Gdyni  

Moja Ukraina, nasze Kresy...
ks. Piotr
2018-09-09

 Dlaczego moja? Dlaczego Ukraina, a nie na przykład Kresy? Nie wiem, czy zdołam się wytłumaczyć z tak zatytułowanej relacji z zaledwie dwutygodniowego pobytu na Ukrainie, ale ten tytuł już dość wcześnie pojawił się w mojej głowie. Chyba wtedy, gdy już z Piotrem wracałem za dalekiej podróży i miałem świadomość, że trzeba będzie podzielić się z innymi świadectwem Bożej łaski (bo tak na to patrzę i przyjmuję) pobytu na ukraińskiej ziemi. Wiem, wielu chciałoby powiedzieć: ale to nasze ziemie, tylko nam zabrane. To nasze Kresy. Tak, to prawda. Ale prawdą jest również i to, że obecnie jest to miejsce na ziemi, które Bóg w opatrzności swojej dał narodowi ukraińskiemu, by tam żył, pracował i dążył do zbawienia.

   Dawno, dawno temu miałem marzenia, pragnienia, by pojechać do pracy jako misjonarz na bliżej nieokreślonym Wschodzie. A na wschodzie był wówczas tylko Wielki Brat - ZSRS. Ja dorastałem, zostałem wyświęcony na kapłana. W tym czasie na Wschodzie zaszły zmiany. Myślałem więc, że szybko zrealizują się moje marzenia, by wyruszyć na podbój wschodnich rubieży dla Pana Boga. Niestety, przełożeni (i Pan Bóg również) kazali cierpliwie czekać. Co prawda, kilkakrotnie bywałem na Litwie, ale zasadniczo w celach turystycznych.

   Dlaczego „Moja Ukraina\"? - Bo to moje, pierwsze bezpośrednie, osobiste spotkanie z Tą Rzeczywistością, która była dla mnie spełnieniem dziecięcych pragnień. To moje przeżycia, które pozwoliły mi inaczej myśleć, patrzeć, czuć. Pozwoliły doświadczyć, że tak naprawdę nie ma granicy, jest jeden Kościół, jedna wiara, jeden chrzest.

   16 września zapraszam na spotkanie do kawiarenki, gdzie na żywo będę dzie-lił się świadectwem pobytu na Ukrainie, ilustrując je zdjęciami.  cdn    

Jedziemy do św. Józefa - Dom Józefa (cz. 7)
ks. Piotr
2018-09-02

 7 lipca to ostatni dzień naszej pielgrzymki rowerowej. To dzisiaj mamy złożyć intencje przy obrazie słynącym łaskami. To też pierwsza sobota miesiąca. O godzinie 7.00 śpiewamy Godzinki ku czci naszej Matki, której opiekę wciąż czujemy. Potem Eucharystia i wspaniałe śniadanie. Dzisiaj do przejechania jedynie 62 kilometry. Ale chcemy zdążyć do Kalisza na 12.00. Wtedy bowiem odprawiana jest Msza święta dla pielgrzymów. Jeżeli wyjedziemy wcześnie, to nie powinno być większych problemów z dotarciem na czas. Pogoda piękna, temperatura odpowiednia. Co prawda najkrótsza trasa wiedzie droga krajową nr 25. Jazda w towarzystwie tirów nie jest najlepszym pomysłem. Jednak ruszamy. Jest już 9.10. Na początek ja z Agatą. Bracia się nie śpieszą. Maja szybkie rowery. Chcą dać nam szansę - prawdziwi dżentelmeni. Spotykamy ich odpoczywających na trasie. Niestety, po kilkunastu kilometrach tracimy siły. Często przeciwny wiatr, bardzo duży ruch strasznie utrudnia jazdę. Z trudem przychodzi modlitwa. Panie, tylko Ty możesz dodać sił. Czasu coraz mniej. Trudno - nie zdążymy. Będziemy uczestniczyć później. Ale czuło się wtedy też moc modlitwy parafian, za którą jestem wdzięczny. Dochodzi godzina 12.00 wjeżdżamy do Kalisza. Na horyzoncie bazylika. Już na Anioł Pański bija dzwony. Kilka minut po dwunastej zajeżdżam przed zakrystię. Ktoś zadbał o rower. Okazuje się, że księża wraz z księdzem infułatem, proboszczem tutejszego sanktuarium jakby tylko na mnie czekali. Dzięki Ci, Boże, dzięki święty Józefie! Tylko później się dowiedziałem, że nasi dżentelmeni nie zdołali już nas dogonić i troszkę się spóźnili. Ale wszyscy skorzystaliśmy z gościnności i po spożyciu posiłku, mieliśmy czas na osobistą modlitwę przed obrazem Świętej Rodziny. Przedstawia on scenę jak Maryja i święty Józef trzymają za ręce małego Jezusa. Czyż nie jest to znak, ich opieki nad każdym, kto się im szczerze oddaje? Czy nie jest to zaproszenie, by zaufać tym dłoniom, którym zaufał Boży Syn? Bogu niech będą dzięki.                            CDN. w przyszłym roku - jeśli Pan pozwoli. 

Jedziemy do św. Józefa - Daleko i blisko (cz. 6)
ks. Piotr
2018-08-26

   Pierwszy piątek miesiąca lipca rozpoczęliśmy udziałem we Mszy świętej o 9.00. Piękna fasada kościoła św. Mikołaja wyróżniała się znacząco na tle architektury miasteczka. Kilka osób próbowało przed pracą wstąpić do kościoła, który jednak jeszcze był zamknięty. Około 10.30 po krótkiej modlitwie ruszam na najdłuższy etap - czeka nas około 92 kilometrów. Po wczorajszym upale Bóg podarował nam chłodniejszą pogodę, chwilami ze sporym zachmurzeniem. Wyrusza cała piątka, choć w różnym tempie. Po drodze poranny różaniec. Błogosławieństwem jest to, że mamy do dyspozycji samochód. Po 13 kilometrach docieramy do Rogowa. Tam na skraju miejscowości przy cmentarzu na niewielkim wzniesieniu stoi przepiękny kościół świętej Doroty. Wewnątrz parafianki sprzątają kościół i wspominają pożar kościoła przed kilku lat. W ciągu jednego roku dzięki ofiarności wiernych i zaangażowaniu ludzi kościół odbudowano. Podoba nam się ambona w kształcie łodzi. Czas ruszać dalej. Dłuższy postój czeka nas w Trzemesznie. Młodzież nawiedziła pobliski warzywniak. Przebojem kulinarnym stały się banany z malinami. Po  odpoczynku udajemy się do tutejszej prastarej bazyliki z XII wieku pw. Wniebowzięcia NMP i św. Michała Archanioła. Niestety trwają poważne prace remontowe. Możemy jedynie pooglądać romańskie kolumny i spędzić chwilę na modlitwie. Do Kawnic zostało 56 km, a słońce już nie odpuszcza. W miejscowości Witkowo, przy pięknym, neogotyckim kościele pw. Mikołaja znajdujemy odpoczynek na pięknie zadbanym trawniku. Modlitwa do Bożego Miłosierdzia i ostatni odcinek do Matki Bożej Pocieszenia w Kawnicach. Przed 18.00  z Bożą pomocą docieramy przed plebanię, gdzie witają nas  księża salezjanie. Właśnie idą spowiadać, wszak jest pierwszy piątek. Nam udostępniają całą plebanię. Wieczorem po kolacji, ks. Krzysztof otwiera nam świątynie, byśmy mogli wszystkie intencje zanieść do Pana przez ręce Matki, która tutaj jest czczona jako Matka Pocieszenia. Stąd tak niedaleko do Lichenia. I blisko już do Józefa Kaliskiego. 

Jedziemy do św. Józefa - Mała wspólnota w Wielkopolsce (cz. 5)
ks. Piotr
2018-08-19

 Śpiew ptaków obudził nas w tym pięknym miejscu, w którym od tysiąca lat Matka naszego Pana odbiera cześć. O 7.30 Msza święta przed cudownym wizerunkiem Maryi. Potem smaczne śniadanie. Błogosławieństwo misjonarza i - w drogę. Dziś już w piątkę. Poranny różaniec rowerowy daje nam siły, by kręcić następne kilometry w intencjach nam powierzonych. A upał jest nieznośny. Lasów mało. Przeciwny wiatr dał o sobie znać w przepięknej dolinie rzeki Noteci. Chciałoby się tu zatrzymać, ale Maks na zmianę z Wojtkiem popychają mnie do przodu. Z ich pomocą jedziemy średnio prawie trzydzieści kilometrów na godzinę. Mam rower miejski przeznaczony raczej do krótkiej i wolnej jazdy. Jednak po dwóch godzinach jazdy następuje oczekiwany odpoczynek w małej wiosce. W cieniu drzew zajadamy się smacznymi krówkami, które Adrian zdobył w pobliskim sklepie. Wszyscy zasypiają na karimatach, które dostarczyła Asia. Po godzinie pobudka i dalsza jazda do Janowca Wielkopolskiego, w którym stawiamy się o 13.40. Tak wcześnie nie planowaliśmy być na noclegu. Również ks. Andrzej, proboszcz parafii św. Mikołaja był zaskoczony naszym wczesnym przybyciem. Przepiękny Kościół położony przy rynku był otwarty, po modlitwie znaleźliśmy małą restauracyjkę, w której zdołaliśmy się posilić. Wkrótce ks. Andrzej zaprosił nas na plebanię, gdzie każdy mógł skorzystać z tak upragnionego prysznica. Rozlokowani w salce parafialnej mieliśmy czas na budowanie wspólnoty. Po Adoracji pierwszoczwartkowej i Eucharystii zostaliśmy zaproszeni przez miejscową wspólnotę modlitewną na spotkanie przy kawie. Niektórzy, mniej zmęczeni, skorzystali z zaproszenia i mogli usłyszeć piękne świadectwa o duchowej przemianie . Było to piękne doświadczenie żywego Kościoła, za co Bogu dziękuję. Jeszcze tylko wieczorna wizyta u fryzjera, którą załatwili członkowie wspólnoty. Jutro piątek i najdłuższy etap.  (cdn.)

Jedziemy do św. Józefa - U Matki (cz. 4)
ks. Piotr
2018-08-12

 Poranna Msza święta o godzinie 8.00 w kościele św. Jadwigi Królowej i rozmowa z proboszczem, który czekał do północy na nasz przyjazd przypomniała mi o ważnej rzeczy. Inni czekają na nas i od czasu do czasu trzeba dać znak życia. Przy śniadaniu dowiadujemy się, że jednak dziewczyny z Adrianem dotrą do nas samochodem. Możemy zostawić bagaże i przyczepkę. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła. Dziś etap do Górki Klasztornej - najstarszego sanktuarium w Polsce. Początek datowany na XI wiek. Jeszcze we trzech docieramy po kilkunastu kilometrach do Zamartego po drodze wspólnie odmawiając różaniec. Tam mamy czekać na przyjazd pozostałych.

    W Zamartem, dawnym klasztorze augustiańskim, w któ-rym  obecnie przebywają i pracują karmelici bosi, znajduje się sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej. W kościeleprzyjemny chłód. Po chwili poznajemy się z nowicjuszem, bratem Marcinem, który nas zaopatruje w wodę i owoce. Potem udostępnia salkę i spożywamy obiad. Dopiero ok.14.30 docierają do nas pozostali. Dziewczyny jadą dalej samochodem, a my mężczyźni... Cóż to dla nas ok. 40 km? Tylko to 40 km zamieni się w drogę przez pustynię w wielkim upale. Gdyby nie intencja z jaką wyruszyliśmy na pielgrzymi szlak i prośba do Jezusa o siły, byłoby cienko.

   Chłopcy w końcu decydują się, by jechać asfaltem, ja pozostałem na trasie rowerowo - piaszczystej, prawie cały czas prowadzącej przez lasy. Z Bożą pomocą docieram do Górki Klasztornej, gdzie czekają już na mnie pozostali - oprócz Maksa, który gdzieś się zagubił. Zdążyłem na Eucharystię o 18.30. Potem przygotowana kolacja w domu pielgrzyma, wspólna adoracja i nocleg, w naprawdę wspaniałych warunkach. Wiadomo - u Matki.    

Wycieczka dla dzieci
2018-08-12

 Kolejne tygodnie to kolejne wycieczki dla dzieci. Celem poprzedniej była Stężyca z przepięknie położonym jeziorem i strzeżonym gminnym kąpieliskiem. 40 dzieci zażywało wodnej i słonecznej kąpieli na strzeżonym kąpielisku gminnym pod okiem pań opiekunek i czujnego ratownika, zaś trzyosobowe grupy w towarzystwie opiekunów wypływały mniej więcej co pół godziny na krótkie rejsy rowerkami wodnymi. Zakończeniem tych atrakcji była wizyta w chlewie - zwykłym wiejskim chlewie pp. Kulwikowskich, który niektórych zachwycił różnorodnością zwierząt, innych zaś zadziwił i niemalże zgorszył nieprzyjemnym zapachem. No, cóż, od prosiaczka do kotleta długa droga i tylko na końcu nie śmierdzi... Dzieci jednak bardzo zadowolone wracały do domów pytając o kolejny wyjazd.

    Ten zaś nastąpił w minioną środę. Tym razem skierowaliśmy się na północ - do Parku Ewolucji w Sławutówku. Tak naprawdę jest on jeszcze w budowie, bo widać w zarysie bryłę kolejnej budowli. A tymczasem na zwiedzających czekało tam najpierw kino z krótkim filmem o małym dinozaurze Arnoldzie, potem gwóźdź programu - batyskaf, gdzie dzięki technologii 7D i założonym na nosy okularom cała grupa z 38 dziećmi w różnym wieku zanurzyć się mogła w głębiny oceanu, poznając nie istniejące już gatunki morskich istot. Potem był czas na zwiedzane dino-parku z figurami wymarłych już wielkich i mniej-szych dinozaurów. Na koniec pozostał plac zabaw - nietypowy i bogato wyposażanony w kilka chatek Baby Jagi, połączonych ze sobą pomostami, z odrębnymi schodami i licznymi zjeżdżalniami. Największe jednak uznanie zyskał ostatni domek wypełniony plastikowymi piłeczkami, w których - jak w wodzie - skakały i dokuczały sobie dzieci nie tylko z naszej wycieczki. 

Ty, co w Ostrej świecisz Bramie...
2018-08-05

   Te słowa i wiele innych przychodziło na myśl pielgrzymom, którzy od 19-go do 22. ubiegłego  miesiąca nie tylko kłaniali się Ostrobramskiej Matce, ale też chodzili po ulicach i trotuarach, które  przed laty wydeptywali nie tylko Mickiewicz, Słowacki, Miłosz, ale i ks. Skarga, hetman Chodkiewicz, marszałek Piłsudski oraz święci tacy jak Kazimierz Jagiellończyk, Andrzej Bobola czy Siostra Faustyna. Za sprawą fantastycznej przewodniczki, pani Barbary, wiele historii z życia nie tylko wspomnianych osób, ale i zwykłych wilniaków z okresu przedwojennego, czasu wojny i po jej zakończeniu stanęło jako żywo przed oczyma zwiedzających to piękne miasto. Z wolna odzyskujące swą dawną piękność kościoły, zdewastowane głównie w czasach sowieckich, z których najdalszą drogę ma franciszkański klasztor Wniebowzięcia Najśw. Maryi Panny, pięknie odrestaruowane cerkwie, a wszystko to pomalowane barwnymi historiami pani Basi. Organizatorzy tego przedsięwzięcia z ramienia Domowego Kościoła, pp. Mikuć, ubogacili całe przedsięwzięcie zapraszając do wzięcia w nim udziału seniora rodziny Mikuć, p. Włodzimierza. Nieprawdopodobne historie młodego wilniaka, który w wieku 16 lat został partyzantem, gdy miał 17 był już dowódcą oddziału, uwięziony na Łubiance, skazany na ciężkie roboty w 40-stopniowych mrozach, dalej kołchoz w Kazachstanie i powrót do Polski. To wszystko nie odebrało mu pamięci, lotności umysłu ani poczucia humoru. Polubili go wszyscy. Wracając pytali o kolejny wyjazd. Może do Lwowa? 

Jedziemy do św. Józefa - Ich trzech (cz. 3)
ks. Piotr
2018-08-05

   Nocleg w przyczepie campingowej zregenerował siły fizyczne. Potrzeba jeszcze sił duchowych. Niestety nie dało się obudzić na 7.00 moich towarzyszy podróży więc sam udałem się do pobliskiego kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej na Mszę świętą. Przywitał mnie serdecznie ks. Proboszcz Bogdan Lipski. Po Mszy świętej śniadanie i ruszamy we trzech. Nie wiedzieliśmy co z resztą grupy pielgrzymkowej, która pewnie jeszcze odsypiała przeżycia poprzedniego dnia. W dość szybkim tempie dotarliśmy do Kościerzyny, by pokłonić się Maryi Królowej Rodzin. Po zwiedzeniu rynku ruszyliśmy w Bory Tucholskie - do Olpucha. Tam ugoszczono nas w domu mojej kuzynki Teresy. Niestety, lekcja z dnia pierwszego, by nie skracać drogi niczego mnie nie nauczyła. Wojtek z Maksymilianem jechali na rowerach wyścigowych, które wcale nie nadawały się do jazdy po leśnych duktach. Wybierając krótsza trasę  straciliśmy wiele czasu i sił, by później, często prowadząc rowery, dotrzeć do Olpucha. Na szczęście był prysznic i za chwilę wieziono nas samochodem do Konarzyn, by w miejscowej Oberży posilić brata osiołka. Później jeszcze chwila leżakowania, gdzie podsuwano nam różne warianty dojechania do Chojnic na nocleg. Upał dawał się we znaki i pomysł był nienajgorszy, by z Lubni dotrzeć do Chojnic pociągiem. Jednak przeważył argument, że to pielgrzymka rowerowa. Po przejechaniu wśród lasów 17 kilometrów naszym oczom ukazała się piękna panorama Wiela. Radością dla mnie była możliwość adoracji Najświętszego Sakramentu w bocznym ołtarzu oraz sprawowania Eucharystii z Ks. Wiesławem Wiśniewskim (byłym proboszczem w Gdańsku Matemblewie) przed ołtarzem Matki Bożej Pocieszenia. Ruszamy na ostatni etap do Chojnic. Przed nami ponad 40 km. Od Brus piękna ścieżka rowerowa. Jednak w Żabnie zaczyna ona prowadzić przez tereny zeszłorocznych nawałnic. Momentami nie do przejechania, a tym bardziej z przyczepką. Krótkie westchnienie modlitewne i jedziemy dalej, by ok. 21.30 zameldować się u mojej siostry Julity, mieszkającej z rodziną na przedmieściu Chojnic. Kolacja, rozmowy - wszak to dzisiaj przypadają urodziny mojej siostry. Czy dotrą do nas pozostali? Wiemy, że wrócili do Gdyni pociągiem. cdn 

Niedziela
20 stycznia 2019
Okres kolędowy
7:30 - Msza św.
Intencja: + Mąż Arkadiusz
9:30 - Msza św. - suma
Intencja: Za Parafian
11:00 - Msza św. dla dzieci
Intencja: O zdrowie i pomyślność dla Czesławy
12:15 - Msza św.
Intencja: W 20. r. śmierci Heleny o zbawienie dla niej, jej męża Andrzeja i wszystkich zmarłych z ich rodzin
18:00 - Msza św.
Intencja: ++ Rodzice: Jadwiga i Wawrzyniec - z podziękowaniem za dar życia i o błogosławieństwo Boże dla Jubilatki

(c) copyright 2009 - 2011 by Parafia Chrystusa Króla w Gdyni Małym Kacku