Licznik odwiedzin: 10153690
Z życia parafii
Moja Ukraina. U Ojca Dariusza
ks. Piotr
2018-11-25

   Poniedziałek, 6 dzień sierpnia, a więc święto Przemienienia Pańskiego. Po porannej Mszy świętej ruszamy w góry. Odwiedzamy jeszcze w Bóbrce ojca Edwarda. Dowiadujemy się, że najlepiej dojechać do miejscowości Skole. Blisko i można tam już podziwiać piękne widoki. Ruszamy zatem na południe. Zjeżdżamy z trasy, by zwiedzić Drohobycz. Przed wojną bogate polskie miasto. Tu wydobywano ropę naftową. Niestety, nowy porządek odbił się na życiu mieszkańców, którzy handlują czym się da, by mieć na utrzymanie. Rynek i ratusz jest w trakcie rewitalizacji. Niedaleko Kościół ufundowany już przez Kazimierza Wielkiego. Oglądać go możemy tylko przez kraty. Przy-bywają różne grupy turystów. Trochę poznajemy historię miasta i kościoła, który jest w trakcie odbudowy. Przez długi czas służył za magazyn, a obecnie posługę pełnią w nim paulini z Polski. Można wesprzeć ich poprzez wpłaty na konto podane w internecie. Naprzeciw świątyni znajduje się poczta. Przypomniały mi się lata młodości, gdy pracowałem jako doręczyciel. Niewiele się zmieniło. Miła obsługa. Zaopatrzeni w kartki pocztowe i znaczki, zastanawiamy się, jak długo będą szły do adresatów. Czy rzeczywiście trzy tygodnie? Okazało się potem, że tak. Ale najważniejsze, że poczta dotarła do adresatów. Poruszył nas jeszcze widok niewywożonych śmieci, których sterty wysypywały się z podwórek na ulice. Podobno jest to problem wielu miast na Ukrainie. Niedaleko jest do Truskawca, więc tam, w znanym przed wojną uzdrowisku, udajemy się by spożyć posiłek.Ponieważ dochodziła godzina 15.00 chcieliśmy nawiedzić kościół na krótką modlitwę. W informacji turystycznej wskazano nam drogę do niewielkiej świątyni wciśniętej pomiędzy ogromne wieżowce. Łatwo odnaleźliśmy plebanię. A tam niespodzianka: za drzwiami bowiem, ku zdziwieniu Piotra i trochę moim stał ojciec Dariusz, redemptorysta. Wielki okrzyk radości i braterski uścisk. Ojciec Dariusz to przyjaciel rodziny Piotra. Poznali się ponad dwadzieścia lat temu, gdy pracował w Gdyni. Potem wyjechał na misję na Syberię. Okazało się, że od roku pracuje w Truskawcu. A więc mamy nocleg w uzdrowisku. Umawiamy się na wieczorna Mszę świętą. Tymczasem ojciec udaje się do sąsiednich parafii, a my na obiad do restauracji. Później próbujemy wody w pijalni. Żadna rewelacja. Okazało się, że Msza święta była w języku polskim i ukraińskim. Połowę kazania miał Ojciec Dariusz a drugą połowę ja miałem wygłosić. Chyba się udało. Potem długie spotkanie z kościelnym, panem Stanisławem, który opowiadał historię parafii w Truskawcu. Wizyty prominentnych kacyków w uzdrowisku, którym nie podobały się polskie pamiątki architektury, tym bardziej przeszkadzał im kościół. Kacyków nie ma, a kościół stoi. Potem jeszcze długa noc przegadana, jak u starych przyjaciół. Ale najważniejszy Przyjaciel czekał.

„Kurtyna” po raz drugi - co dalej?
Wojciech Mikuć
2018-11-18

   Jeszcze nie opadł kurz pierwszej Kurtyny, gdy zrozumieliśmy, że Opatrzność Boża z pewnością nad nami czuwała. Przecież nigdy wcześniej nie organizowaliśmy tak dużego artystycznego projektu. Owszem kilkadziesiąt spektakli za nami, ale żeby kilkanaście równolegle... Nie jest chyba po ludzku możliwe, aby bez zaplecza technicznego na dużym poziomie i mnóstwa osób wspomagających nas merytorycznie, będących koniecznie zawodowcami, coś takiego mogło się wydarzyć. A tu niespodzianka. Pokora wytrwałych amatorów do-prowadziła nas do chwili, w której zdaliśmy sobie sprawę, że chyba we wspólnocie Bożych wariatów nie ma rzeczy niemożliwych.

    Tak powstały wstępne założenia Kurtyny po raz drugi. Jeżeli udało się raz, to ponownie będziemy startowali z pozycji bardziej uprzywilejowanej. Dzięki wytrwałemu kołataniu do drzwi różnych osób i instytucji szybko okazało się, że tym razem teatralna kawiarenka ma szanse na zaistnienie w niezależnym namiocie. Gdy ogłosiliśmy zapisy kandydatów do przeglądu, raptem kilka dni później lista była już zamknięta. I tu znowu niespodzianka. Nasz konkurs okazał się ogólnopolski. Pniewite, Lubaczów, Piła, Kraków, Biskupiec - tylko z tych miejscowości przyjechała prawie setka młodych artystów. Skoro przegląd się rozwija, w takim razie my też musimy. Poprosiliśmy lokalne media, a więc radio i telewizję, o wsparcie. Przyjechali, popatrzyli, posłuchali i coś tam nagrali. Nagraliśmy również i my. Kronika przeglądu w kilku odcinkach zagościła w przerwach pomiędzy spektaklami.    Gdy w dniu otwarcia przeglądu nieco zagubieni konferansjerzy, jakby spóźnieni i nieucharakteryzowani ćwiczyli ostanie dialogi, rozbawiona publiczność zorientowała się, że na scenie w świetle reflektorów, nie trwa próba a właśnie rozpoczęło się coś humorystycznego. Tego dnia okazało się, że na jednej scence się nie skończy. Trzeba było natychmiast napisać scenariusz tygodniowego serialu. Zwieńczeniem humorystycznych zmagań był desperacki angaż w ... kotłowni u Złociutkiego.  

   Przez te wszystkie trudne ale i radosne dni, towarzyszyła nam myśl, że publiczność Małego Kacka, zasługuje na nasze poświęcenie. Wyrazem uznania było liczne uczestnictwo w prezentowanych spektaklach. Oklaski, owacje na stojąco i spontanicznie wykonany hymn państwowy w dniu wzruszeń związanych z pamięcią o „Żołnierzach Wyklętych\". Płakali aktorzy, płakali widzowie, płakał też żołnierz AK... To dzięki Wam ławki były zapełnione, a urna do głosowania nagrody publiczności wypełniona prawie po brzegi.

    Czy to wszystko jest komuś potrzebne? Czy naprawdę nie mamy niczego innego do roboty? Czy nie lepiej pozostać w domu z pilotem TV w ręku i ponarzekać? Może i tak, ale przecież to Bóg uzdolnił nas w zupełnie nieznanych nam i dopiero odkrywanych obszarach. Część z nas powtarza pod nosem:  służę wiec jestem. To jakby siła napędowa naszego rozwoju. Może tego czasami nie chcemy, ale jak mamy sprawdzić czy było warto?  

   Wystarczy tylko spróbować... 

Moja Ukraina. U biskupa w Haliczu
ks. Piotr
2018-11-18

   Niedzielny poranek 5 sierpnia. Słońce już wysoko. Siostra Damiana już chwali Boga w kaplicy. Po śniadaniu ruszamy z Piotrem do Lipówki, gdzie o 10.00 mam odprawiać Mszę św. Poprzedniego dnia Irina przygotowała wydruk Ewangelii. Mam czytać w ich ojczystym języku. Podobno trochę zrozumieli. Na koniec zaprosiłem wiernych na ostatnią z nimi Mszę świętą we wtorek wieczorem. Potem jeszcze piękna liturgia o 12.00 w Rohatyniu. Po obiedzie zaczęło się chmurzyć. A my jesteśmy zaproszeni przez ks. Jacka, proboszcza parafii św. Stanisława biskupa w Haliczu. Ponieważ bardzo chciałem zobaczyć ów pradawny Halicz, od którego nosi nazwę nasza parafialna ulica, nie przestraszyliśmy się deszczu i ruszyliśmy w drogę. Po dojechaniu na miejsce ks. Jacek zrobił nam  „objazdówkę\". Okazało się, że Halicz to dawna (przed Lwowem) stolica Rusi i Arcybiskupstwa. Niestety, po potężnej - pod względem powierzchni - stolicy niewiele dzisiaj pozostało. Odwiedziliśmy prastary kościół z XI/XII wieku, który został przejęty przez Cerkiew. Byliśmy też w sanktuarium grekokatolickim. Szkoda, że wszędzie próbuje się zatrzeć ślady istnienia Kościoła Łacińskiego. Zwiedziliśmy cmentarz Karaimów, a na koniec ks. Jacek pokazał nam swoją siedzibę. Opowiedział zaskakującą historię o odnalezieniu relikwii bł. Biskupa Jakuba Strzemię (Strepy), który w XIV wieku przeniósł stolicę biskupią do powstającego Lwowa. Okazało się, że ks. Jacek oprócz tego, że pełni funkcję wykładowcy we lwowskim seminarium i jest diecezjalnym egzorcystą, to również został poproszony, by w Haliczu utworzył sanktuarium świętych związanych z ziemią lwowską. Zdołał zebrać już ponad 20 relikwii błogosławionych i świętych. I trzeba przyznać, że czuło się ich obecność na plebanii w Haliczu. Jednak czas było wracać, bo jutro w góry... Taka jest droga chrześcijanina. 

„Kurtyna” po raz trzeci, czyli jak to było za pierwszym razem
Wojciech Mikuć
2018-11-11

   Z marzeń kilkorga przyjaciół, wsparcia kilku znajomych i zaufania pewnego księdza, zrodził się pomysł, aby z Bożą pomocą dać radość utalentowanym i wrażliwym na sztukę amatorom. Tak powstała idea Przeglądu Teatrów Amatorskich. Gdy trzy lata temu, pisaliśmy plan jak ten „przegląd\" miałby wyglądać, mieliśmy marzenia, aby może kilka grup z najbliższej okolicy chciało do nas przyjechać i pokazać swoje osiągnięcia w naszej parafii. Czy to w ogóle dobry pomysł? Jak to zorganizować? Czy to może się spodobać? Takie i jeszcze inne pytania i wątpliwości towarzyszyły nam, aż do dnia w którym to wszystko się zaczęło.

   Gdy zaproszeni goście zajęli miejsca, zgasły światła, a nasz reżyser dał sygnał że wychodzimy. Wtedy okazało się, że nie ma odwrotu i wszystko w rękach najwyższego. Wyszliśmy na scenę. Tremy nie było. Była niepewność. Wiedzieliśmy jednak, że jest wśród nas ktoś bardzo ważny. Ktoś bez kogo ten cały konkurs nie miałby szans na przeżycie nawet do drugiego dnia scenicznych zmagań. To właśnie Wy, mieszkańcy Małego Kacka, nasza publiczność. W świecie zawodowych artystów po każdej premierze najważniejsza jest pierwsza recenzja. To od niej zależy czy przedsięwzięcie artystyczne jest trafione czy chybione. Czy brawa są wyrazem wdzięczności, czy też cisza wyrazem dezaprobaty. Tutaj w Małym Kacku czekaliśmy na Waszą ocenę. 

   Spektakle tamtego przeglądu już od pierwszego dnia postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. W drugim dniu zmagań musieliśmy od nowa zdefiniowaćsłowo „amator\". Prawdziwe doznania artystyczne wzrastały z każdym kolejnym występem. Jaka była ocena? W środę już był wiadomo, że publiczność domaga się ustanowienia swojej nagrody, od siebie, według własnego kryterium, niezależnego od werdyktu jury. Co to dla nas oznaczało? Przede wszystkim to, że jesteśmy Wam potrzebni i że sztuka niejako amatorska, okazała się na tyle prawdziwie pokazana, że znalazła przestrzeń estetycznego istnienia w waszych odczuciach. To zobowiązuje. cdn

Moja Ukraina. Z wizytą u jubilata.
ks. Piotr
2018-11-11

   4 sierpnia przypada wspomnienie św. Jana Vianneya - patrona proboszczów. Zatem odprawiając rano Eucharystię, polecałem wszystkich znanych mi proboszczów. Zaraz po Mszy świętej udaliśmy się z Piotrem, siostrą Damianą i Ireną do położonych około 30 km na północ Przemyślan (Premyslan) by tam spotkać się z ks. proboszczem parafii śś. Apostołów Piotra i Pawła. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że ks. Piotr, salezjanin, właśnie ma obchodzić jubileusz 25- lecia pobytu w tej parafii. Msza święta miała być o godz. 10.00. Niestety, mała odległość nic nie znaczy przy tak fatalnym stanie dróg - zdążyliśmy dojechać na kazanie. Ku naszemu zdziwieniu nie było w kościele tłumu kapłanów i wiernych. Modliło się po polsku kilkadziesiąt osób. A Msza święta była w całkiem innej intencji. Mogliśmy podziwiać piękno niedawno oddanego kościoła, który przez wiele lat służył za fabrykę. Liturgia była pięknie prowadzona. Poruszył mnie piękny śpiew. Po Mszy świętej ks. Piotr wszystkich zgromadzonych zaprosił do oratorium na kawę. Tam złożyliśmy życzenia ku wielkiej radości jubilata, który swoją rocznicę obchodził trzy miesiące wcześniej. No, ale my z Polski to mieliśmy daleko i zostaliśmy usprawiedliwieni. Po radosnym spotkaniu przy stole i zwiedzeniu domu zakonnego z piękną kaplicą, ruszyliśmy w drogę powrotna - choć inną, bo przez Bóbrkę i dodatkowym pasażerem, który właśnie w Bóbrce miał wysiadać. Miałem nadzieję, że stan drogi będzie lepszy i był lepszy. W połowie drogi do Bóbrki, gdy wyjeżdżaliśmy z miejscowości Świrz ukazał się nam przepiękny widok: droga wiodła w dół pomiędzy dwa malownicze jeziora, a dalej był piękny las. Gdy jednak obejrzeliśmy się to zobaczyliśmy na wysokim brzegu jeziora piękny zamek. Takiej okazji nie mogliśmy przepuścić. Wróciliśmy , by zobaczyć to urokliwe miejsce z bliska. Zamek z XV wieku zbudowany przez rodzinę Świrskich przechodził różne koleje losu. W czasach „najlepszego\" porządku społecznego na świecie pełnił on rolę ośrodka wypoczynkowego. Wiele razy wykorzystywany był przez filmowców. Przed zamkiem kościół przejęty przez grekokatolików. Mieliśmy szczęście - właśnie wychodzili robotnicy powoli przywracający dawną świetność budowli i zgodzili się poczekać 10 minut, abyśmy mogli od środka trochę pozwiedzać. Piotr dostał w ręce aparat i troszkę musieliśmy go szukać. Czas było wracać. Jutro niedziela i trzeba Bożą świątynię przygotować do świątecznej liturgii. Dziękowałem Bogu za jubilata, za piękno tej ziemi, która ma w sobie tyle zagadek ile ludzkich historii.  

Moja Ukraina. Znowu w domu.
ks. Piotr
2018-11-04

   W domu to znaczy w Rohatyniu. Tam w domu sióstr prezentek można było się czuć jak u siebie. W piątek rano wraz z siostrą Damianą i klerykiem Wasylem zawiozłem ks. Tadeusza do Lwowa na pociąg. Niestety zwiedziłem tylko dworzec kolejowy i toalety, do których lepiej nie wchodzić. Na peronie poznałem Jurę, studenta medycyny polskiego pochodzenia z Iwanofrankowska (dawny Stanisławów, który obiecał mnie w sierpniu odwiedzić w Gdyni. Co zresztą uczynił. Wracając do Rohatyna zatrzymaliśmy się w Bóbrce (dawniej Bobrówka) - małej mieścinie, gdzie opiekę duszpasterską pełnią księża Salezjanie, znajomi siostry Damiany. Ks. Edward, proboszcz z Polski sprawuje liturgię w obrządku rzymskokatolickim, natomiast inni księża pochodzący z Ukrainy w obrządku grekokatolickim. Są bardzo gościnni. I zapraszają całe grupy do swojego domu rekolekcyjnego. Po powrocie do Rohatyna Piotra jeszcze nie było. Okazało się, że spędził czas na cmentarzu, porządkując zaniedbane groby, szczególnie polskich żołnierzy, których tam niemało pozostało. Ja musiałem odstawić samochód do sąsiada, ponieważ na ukraińskich drogach popsuło się trochę. Po dwóch godzinach auto było gotowe, a mechanik nie chciał żadnego wynagrodzenia. Został zatem zaproszony z małżonką w niedziele na kawę. Tymczasem pierwszy piątek miesiąca. Zatem miałem odprawić jeszcze dwie Msze święte: w Rohatyniu i Lipówce. Trochę się obawiałem, że ciężko będzie spowiadać w obcym języku, lecz z pomocą Bożą, oni tu polski język dobrze rozumieją. Nie było problemu ze śpiewem, służbą liturgiczną.

    Dziękuję dziś Bogu za ten czas, kiedy w skupieniu można było przezywać liturgie ukraińsko-polską ale przede wszystkim boską i doświadczać jedności wspólnoty Bożych dzieci. 

Moja Ukraina. U Jazłowieckiej Pani.
ks. Piotr
2018-10-28

   Ranek powitał nas deszczem. Poranna Msza święta była sprawowana uroczyście. Oprócz księdza Wojciecha, neoprezbitera wyświęconego we Lwowie, a pochodzącego z Kaszub, odprawiali Eucharystie jeszcze dwaj dominikanie. Jeden z Charkowa drugi z Rzeszowa. Przemierzając rowerami bezkresne tereny Ukrainy zatrzymali się na noc w Jazłowcu. To dom macierzysty sióstr. W kaplicy króluje Matka Boża Niepokalana. Oryginał figury Matki Bożej w 1946 roku został w „cudowny\" sposób przetransportowany do Szymanowa koło Warszawy. Piszę cudowny, bo przy pomocy żołnierzy Armii Czerwonej. Po nawiedzeniu grobowca sióstr Niepokalanek, gdzie spoczywa błogosławiona siostra Marcelina Darowska, ruszyliśmy z ks. Wojciechem do niedaleko położonego Buczacza. Tam czekał na nas przewodnik. Pan Stanisław. Jest nauczycielem historii w miejscowej szkole, ale chętnie dorabia opowiadając grupom Polaków o historii tego pięknie położonego miasta. To miasto gdzie jest wiele pamiątek historycznych po właścicielach z rodu Potockich. Mogliśmy podziwiać pięknie odnowiony kościół Wniebowzięcia NMP. Po obiedzie w Jazłowcu ruszyliśmy na południe do Śniatynia, by odwiedzić grób błogosławionej Marty Wieckiej. Niestety nie było nam dane dowiedzieć się, że jej grób znajduje się na cmentarzu. Ruszyliśmy w powrotna drogę do Rohatyna. Tam czekała siostra Damiana ze smaczną kolacją i z ks. Krzysztofem, który mnie zastępował przez cztery dni. Rzeczywiście byliśmy zmęczeni, syci wrażeń i spokojni. Wiadomo - już w domu.

Takie tam drobiazgi...
2018-10-21

   Każdy, kto ma na głowie utrzymanie domu, zdaje sobie sprawę z tego, że co i rusz trzeba się czymś zająć: a to dach, a to piec, a to elewacja itd. Kościół pod tym względem nie odbiega od tych założeń. I tu wiecznie się coś dziać musi. W minionym czasie udało się wreszcie zamontować na zewnętrznych ścianach kościoła kilka głośników, które dyskretnie podwieszone pod gzymsem, czy figurą Chrystusa Króla nie rażą swoim wyglądem, a zapewniają odsłuch Przydały się zwłaszcza podczas ostatnich procesji fatimskich.

   Kolejna rzecz z ostatniego czasu to domofon zainstalowany w plebanii. Ponieważ pierwotnie był tu tylko jeden dzwonek (właściwie gong), który usytuowany był w korytarzu na parterze i trudno było się dodzwonić do wikariusza. Półśrodkiem okazał się dzwonek bezprzewodowy - szybko wyczerpywały się baterie. Pewna firma wyceniła instalację domofonu do wszystkich pomieszczeń plebanii na 3 tys. zł... Zakup urządzenia przez internet i trochę pracy pozwoliło zmniejszyć koszt o trzy czwarte...   W minionym tygodniu natomiast znów gościliśmy organmistrzów, którzy dokonali koniecznego przeglądu instrumentu, dokonując drobnych napraw i dostrojenia niektórych głosów.

    A skoro już o chórze mowa, najwyższy już czas było wymienić komputer przy organach, z którego wypadło już kilka klawiszy, a ekran świecił tylko w połowie. Cierpliwość p. Oli wystawiona była na wielką próbę. Od kilku dni ma już do dyspozycji nowszy egzemplarz, który winien działać bez zarzutu. 

W końcu się udało!
2018-10-21

   I to za sprawą pani Reginy, która mocno wzięła sobie do serca zachętę do utworzenia w naszej wspólnocie kolejnej Róży Żywego Różańca, ale pierwszej ukierunkowanej w modlitwie na dzieci. Ponieważ pani Regina jest też członkinią Legionu Maryi pod patronatem Maryi Gwiazdy Morza, dlatego zaproponowała, by nowa Róża Różańcowa również pod takim wezwaniem funkcjonowała.

    Do pełnego składu takiej Róży potrzeba dwudziestu osób i to się pani Reginie udało. Ona też została zelatorką tej Róży. Od pierwszego listopada cała dwudziestka realizować będzie modlitewne zobowiązanie (niezbyt zresztą obciążające) do ofiarowania każdego dnia jednej dziesiątki różańca świętego i to za swoje dzieci. Nawet trudno dociekać, czy to jakaś zasługa, czy raczej chwalebny obowiązek. Dość jednak, że w końcu taka grupa powstała.

   Nie wykluczone, że i inni rodzice zechcą odpowiedzieć na apel Maryi i codziennie ofiarować dziesiątkę różańca św. za własne dzieci. (Tej modlitwy zresztą nigdy za wiele...) Można to uczynić zgłaszając się do pani Magdy, która w tym zakresie próbuje zrekrutować rodziców dzieci przygotowujących się do przyjęcia I Komunii św. (patrz str. 1.) albo właśnie do pani Reginy (tel. 509 116 591) 

Moja Ukraina. Tam szum Prutu, Czeremoszu.
ks. Piotr
2018-10-21

   Pierwszy dzień sierpnia. W Polsce rocznica wybuchu Powstania, a ja z Piotrem żegnamy się z Ojcem Anatolijem, siostrą Teresą i poznaną panią Lidką z Białorusi, która przygotowuje nam na drogę wspaniałe pierożki. A droga wiedzie na południowy wschód, Tam gdzie wody Prutu, Czeremoszu przemierzają przez piękne, malownicze Podole - abyśmy, jako mężczyźni, nie wybaczyli sobie nawiedzenia tak ważnych dla Polaków miejsc, jak Kamieniec Podolski, czy Chocim. Pogoda piękna, jednak im dalej, tym jakość drogi coraz gorsza. I tak dobrze spisuje się nasze autko. Z daleka widać baszty zamku kamienieckiego. Ale, by tam się dostać, trzeba zapłacić za wjazd do miasta. Dopiero stając pod samymi mu-rami widać ogrom architektoniczny zamku. Mamy szczęście. Jakaś polska wycieczka słucha opowiadań przewodnika. Spędzamy tu wiele czasu. Dla turystów jest tu wiele atrakcji. Zamek jest połączony z miastem pięknym kamiennym mostem. Słuchamy dramatycznej historii miasta, gdy w XVII wieku mieszkańcy, opuszczając je, musieli zostawić tureckim wojskom swoje dzieci. Samo miasto liczy ponad 100 tysięcy mieszkańców, lecz starówka jest jakby całkiem wyludniona. Wysoka temperatura każe się ukryć. W kościele podominikańskim opiekę duszpasterską sprawują polscy paulini. Akurat przybyła tu na posiłek grupa Polaków, którzy przez kilka dni przebywają w tutejszym domu pielgrzyma. Niestety, nie zostaliśmy zaproszeni do stołu... W kościele, w głównym ołtarzu króluje Matka Boża Częstochowska, jednak sam kościół jest jeszcze bardzo zniszczony, mimo wielu lat pracy konserwa-torów z Polski. Odwiedzamy miejscową katedrę, która jest najbardziej na wschód położoną budowlą w stylu barokowym. Przed świątynią niewiasty przepasują się w barwne spódnice. Przydałyby się nieraz i tutaj taka parafialna odzież dla niektórych skąpo ubranych pań i panów... W taką pogodę nie mogliśmy nie nawiedzić kawiarni, by sprawdzić czym to częstują turystów z Polski. Nie było źle.   Ruszamy na Chocim. To tylko 30 kilometrów na południe. Ale nie takie proste, gdy nie ma się dokładnej mapy, a GPS niezbyt chce funkcjonować. Początkowo zamiast na południe, wyjeżdżamy na północ od Kamieńca. Dotarliśmy na miejsce na pół godziny przed zamknięciem twierdzy. Warto było. Położenie nad szeroko rozlanym Dniestrem w dolinie, robi niesamowite wrażenie. Mniej tu turystów, choć miejscowi próbują nam sprzedać wszystko. Pozostajemy przy owocach. Po przypomnieniu sobie historii podczas zwiedzania zamku, ruszamy na nocleg do Jazłowca. Już jesteśmy spóźnieni. Czekają na nas siostry Niepokalanki z kolacją oraz ks. Wojtek. Docieramy ok. 20.00. Dostajemy posiłek, a siostra Marta zaproponowała nam opowieść o dziejach zgromadzenia oraz Jazłowca. Byliśmy już tak zmęczeni, że nie mieliśmy siły, by siostrze odmówić tej przyjemności przybliżenia historii, która zawsze jest Bożą historią. cdn 

Czwartek
20 czerwca 2019
Boże Ciało
7:30 - Msza św.
Intencja: ++ Rodzice: Regina i Kazimierz Zalewscy oraz Czesława i Tadeusz Warda
9:30 - Msza św. - suma
Intencja: Za Parafian
11:00 - Msza św.
Intencja: + Bogusław Arkuszewski (greg. 20.)
13:00 - Msza św.
Intencja: ++ Rodzice: Stefan Socha, Brunon i Teresa Tylman oraz zmarli z rodziny
18:00 - Msza św.
Intencja: ++ Ojciec Jan Piepke (8. r. śm.), Leokadia i zmarli z rodziny

(c) copyright 2009 - 2011 by Parafia Chrystusa Króla w Gdyni Małym Kacku