Przepasane biodra i zapalone pochodnie | 2024-10-22 |
Dziś trudno byłoby nam zrozumieć tę zachętę, którą przed dwoma tysiącami lat skierował Pan Jezus do swoich słuchaczy. Oni rozumieli to dobrze. Wiedzieli, co znaczy oczekiwanie na pana, który wybrał się na wesele. Dziś, w dobie demokracji, trudno nam przychodzi zrozumieć kim jest pan. Nie był to przecież jedynie tytuł grzecznościowy. Mianem tym określano człowieka, od którego w dosłownym znaczeniu się zależało. To przecież on zapewniał pracę, to on dawał dach nad głową i wyżywienie. Z takim to panem należało się liczyć, a z pewnością nie chodziło tu o tanią kurtuazję. Najczęściej autentycznie kochano swoich panów, podobnie jak kocha się ojca. Dlatego oczekiwanie na niego było wyrazem szczerej miłości. Gdy na murach miasta rozlegało się wołanie o zbliżającym się orszaku pana, natychmiast się podrywano, by wybiec mu na spotkanie - właśnie z pochodniami w rękach i w przepasanych tunikach. Pochodnia - ta musiała być zapalona. To przecież nie latarka, którą dziś znamy, a w której wystarczy nacisnąć wyłącznik, by zaświeciła. Zapalona pochodnia oznaczała dzisiejszy stand by. Natomiast przepasanie bioder oznaczało przygotowanie się do drogi. Strój ówczesnego mieszkańca Palestyny, podobnie zresztą jak u dzisiejszych nomadów, ograniczał się do długiej tuniki, osłaniającej całe ciało, a więc i ręce, i nogi przed uciążliwym promieniowaniem słońca. Był to jednocześnie strój przewiewny. W trakcie marszu ów żagiel ograniczał jednak ruchy, stąd przepasywano biodra w celu zminimalizowania tego niepożądanego działania. Tak właśnie mamy czekać na naszego Pana - kaganek modlitwy w sercu, gotowość do wyruszenia Mu naprzeciw, a wszystko to w atmosferze tęsknoty i miłości, bo przecież nie jesteśmy rodziną patologiczną, gdzie należałoby obawiać się powracającego taty... | |
