Wielka burza | 2025-07-01 |
Według św. Mateusza było tak: najpierw uzdrowił teściową Piotra, potem jeszcze innych bardzo wielu chorych, potem nieco przygasił pewnego uczonego w Piśmie, który miał ochotę pójść za Nauczycielem, ale chyba egzaminu nie zdał, bo gdy się dowiedział, że Chrystus nie ma gdzie by głowę skłonił, jakoś nie podjął tematu. Podobnie było z innym spośród uczniów, który dowiedział się, że pójście za Jezusem domaga się podporządkowania tej misji dosłownie wszystkiego - nawet pogrzebu własnego ojca... Jakie myśli mogły ciągnąć się za owymi uczniami, którzy co prawda poszli (by nie powiedzieć: powlekli się) za odchodzącym Chrystusem, ale zapału jakoś w nich nie było... Weszli z Nim nawet do łodzi - bo cóż im pozostało. A do tego przypętała się jeszcze gwałtowna burza, wpędzająca w przerażenie nawet wytrawnych rybaków. I tu zaczyna się ich właściwy sprawdzian. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale... Chrystus śpi! Budzą Go więc słowami: Panie ratuj, giniemy! (Św. Marek zapisał to bardziej dosadnie: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?) No i stało się to, czego należało się spodziewać: Pan ucisza zarówno naturę jak i... serca współtowarzyszy. Ile to jeszcze muszą się oni nauczyć! - Podobnie zresztą jak i my: jak można się lękać, mając przy swoim boku Najwyższego? Nawet, gdyby wydawało się nam, że śpi, to przecież On zawsze czuwa i strzeże nas od złego. Mając tę świadomość ludzie i więzienia, i obozy koncentracyjne byli w stanie przeżyć, bo wiedzieli że w tym piekle wciąż jeszcze był Bóg. I trzymali się Go jak ostatniej deski ratunku rozumiejąc, że jeśli i Jego puszczą, pozostanie tylko piekło... | |
