Jak strażak... | 2026-10-20 |
Jeszcze w latach osiemdziesiątych dziwiliśmy się zwyczajom panującym u naszych zachodnich sąsiadów, a mianowicie, że niestosownością było pojawienie się u kogoś w domu bez wcześniejszego zaanonsowania - trzeba było zadzwonić. U nas tymczasem po prostu wpadało się do kogoś, zupełnie spontanicznie. (Może stąd powstało powiedzenie: Pan Bóg dał niedzielę, diabeł przysłał gości.?) A wynikało to stąd, że nie mieliśmy telefonów! Jeśli zaś nawet ktoś dysponował tzw. aparatem telefonicznym, to zwykle osoba, którą chciało się nawiedzić nie była w jego posiadaniu. Dziś i u nas w dobrym tonie jest zapowiedzieć swoją wizytę. Takiego komfortu nie będzie podczas przyjścia Pana Jezusa. Gotowi mamy być nieustannie (bo i cóż lepszego możemy mieć do roboty?) Przy tym nie ma to być oczekiwanie na wizytę instytucji kontrolnej. Ma to być raczej radosne wyczekiwanie na spotkanie z ukochaną osobą. Musi temu towarzyszyć pewien rodzaj napięcia, tęsknoty i nieustannego poprawiania (kwiatek w oknie, obrus, który lekko się przesunął, opadający kosmyk włosów). Bo przecież nie będzie wypadało powiedzieć: Dlaczego się nie zaanonsowałeś? Albo Spodziewałem się Ciebie rok temu, przed miesiącem, wczoraj... Niezależnie od stopnia umiłowania i tęsknoty, gotowi musimy być zawsze - jak strażacy na dźwięk syreny...
| |
